Ucieczka przed sobą i własne miejsce na ziemi.
Będzie bardzo długo i jeszcze bardziej chaotycznie. Tekst pisałam z małą przerwą i nie czytałam go ani razu (czytanie powoduje kasowanie 99,9% myśli). Tak więc lektura tylko dla odważnych.
Z góry przepraszam za błędy. Myśli jednak są czymś, co zawsze było mi ciężko zgrabnie ująć w słowa.
Właściwie to pojęcia nie mam od czego zacząć. Z jednej strony chcę, z drugiej zaś boję się, że powiem za dużo, że powinnam zachować to dla siebie. Trochę mnie tu nie było. To nie znaczy że nie pisałam w ogóle. Po prostu czasem wolę zebrać myśli gdzieś, gdzie nie odkryje ich nikt. Tak w ogóle to zastanawiam się czy pisanie ma jeszcze jakikolwiek sens. Kiedyś pomagało. Ostatnimi czasy jeżeli już coś daje, to niewiele. Tyle dobrze, że bardziej nie przeszkadza.
Może w takim razie po kolei według tytułu.
Od kiedy tylko zaczęłam prowadzić audycje radiowe (Oficjalnie dwa lata temu, wliczając jednak prywatny serwer minęło dwa i pół roku.) nie mogę znaleźć miejsca w którym wytrzymałabym dłużej.
Prędzej czy później dzieje się coś, co sprawia że mam ochotę zniknąć. Tak po prostu. To wszystko jest we mnie, bo przecież wszyscy na raz nie zmieniliby się w tak krótkim czasie.
Podaruję sobie nazwy stacji internetowych, bo nie chodzi tu ani o reklamę, ani tym bardziej o antyreklamę.
Im więcej się udzielam tym bardziej wkurzają mnie drobiazgi.
W pierwszym radiu poszło o prezentera który próbował mi mówić co mam (lub czego nie mam) robić. A przecież wystarczyło go zwyczajnie zignorować i robić swoje, bo przecież tylko on miał jakieś „ale”.
Drugie… Tu poszło o głupie uwagi, które początkowo mi tak bardzo nie przeszkadzały.
Bardziej prawidłowa reakcja? Rozmowa z delikwentem i ewentualnie szefową i mniej lub bardziej delikatna sugestia by się odczepił…
Jednak nie, reakcja bardzo emocjonalna i zwyczajny foch, jak w przypadku pierwszym.
Etap trzeci (jedna z dłuższych historii, przynajmniej w porównaniu do dwóch pierwszych).
Zwerbował mnie jeden z prezenterów, którego znałam z dwóch pierwszych stacji. Początkowo szok i reakcja obronna, bo „ja sobie nie poradzę” (większa liczba aktywnych słuchaczy). Koniec końców udało się, ba… nawet bardzo spodobało. To wtedy uzależniłam się od prowadzenia audycji.
Jak to w życiu bywa działo się różnie. Ludzie generalnie w porządku, czasem tylko drobne różnice zdań. Nic nadzwyczajnego. Udało mi się wówczas zwerbować kogoś, kogo znałam z pierwszego miejsca. I to był chyba błąd. Relacje z G. zwanym M. się zacieśniły, padło nawet kilka obietnic i deklaracji z jego strony. Jednak w którymś momencie zaczęło się psuć.
Zarówno jeśli chodzi o radio (kilka nieporozumień, brak sił gdyż przez pewien okres niemal nikomu nie chciało się angażować), jak i na polu prywatnym. G. poznał kogoś, kto sprawił że ja przestałam być do czegokolwiek potrzebna. No cóż, tego mogłam się spodziewać.
Odejść było kilka. Zwykle chodziło o nieumiejętność dogadania się (nie zawsze tylko z mojej strony, choć zawsze mogłam coś zmienić).
Jesienią zeszłego roku (początkiem września właściwie) było najciężej.
Wraz z kilkoma osobami tworzyliśmy grupę, która była dla siebie kimś więcej niż tylko znajomymi z radia. Przyznam szczerze, że niejednokrotnie miałam wrażenie, że jestem z nimi z uwagi na jedną, może dwie osoby, a reszcie jest obojętna moja obecność. Mało tego, najlepiej gdybym się nie plątała i trzymała się z boku.
Właśnie we wrześniu z powodu atmosfery w grupie (w zasadzie nic nie dotyczyło bezpośrednio mnie… ehh te emocje) zdecydowałam się odejść. No i się zaczęło. Niemal natychmiast zostałam określona jako osoba fałszywa, jedynie udająca przyjaźń przeciwko której jest masa „ale” (może faktycznie coś w tym jest). Najbardziej dziwne było przywoływanie nieznanej opinii tajemniczej osoby. Ta kwestia nigdy nie została wyjaśniona. Może przede wszystkim dlatego, że zaraz po owej rozmowie postanowiłam zniknąć?
Najpierw poleciał numer gg, potem konta na portalach społecznościowych, na koniec został odratowany skype z czasów licealnych. No i zniknęłam. Kontakt był tylko z pewnym hm… Aniołem, który w końcu sam zaczął się odsuwać. Wtedy wydawało mi się, że zgadza się z opinią reszty tylko nie chce nic powiedzieć. Wszystko tylko pogłębiło chęć ucieczki, a nawet zniknięcia zupełnego.
Jako że zniknąć zupełnie nie mogłam (tak, mało przyjemne słowo na s) rzuciłam się w wir kursów. Doszło do tego że czasem wyjeżdżałam z domu po 6 a wracałam o 22. Wszystko po to, by nie myśleć o tym co się wydarzyło, by nie zastanawiać się nad kolejną stratą.
Wróciły przeróżne myśli. Nawet opinia kochanej rodzinki, która to (rodzinka a nie opinia) próbowała mnie uśmiercić przy każdej okazji (teksty pokroju: „po co TO leczyć”). Dla nich zawsze byłam TYM. Dzięki Bogu nie widuję ich zbyt często. Mało tego, autorkę najbardziej chamskiego tekstu ostatni raz widziałam ponad 5 lat temu.
Kurs, a właściwie kursy skutecznie ograniczyły mi czas, a zmęczenie odsunęło myśli. W którymś momencie sytuacja zaczęła się stabilizować a znajomości się odnowiły.
Nadal mam ochotę uciekać nie wiadomo przed czym i gdy tylko dzieje się coś, co powoduje napięcia między ludźmi wywieszam białą flagę. Tak było w przypadku ostatniego radia. I stąd postanowienie by trzymać się od konsoli z daleka.
Wiem, że to będzie trudne, bo naprawdę kocham grać, ale tylko w ten sposób nie będę robić krzywdy komuś i sama mniej oberwę.
Na ucieczkę przed samym sobą jest tylko jeden sposób (śmierć), który całkowicie odpada.
Może i najmądrzejsza nie jestem, rozsądku też często brakuje, ale są rzeczy których się po prostu nie robi. Dlaczego? Bo to nie rozwiązałoby NICZEGO.
Matko jak się rozpisałam…
Było o ucieczkach, pozostaje kwestia własnego miejsca na ziemi.
Od kiedy po raz pierwszy usłyszałam piosenkę Piotra Bukartyka – „Małgocha” poczułam więź. Nie tyle z wokalistą, ani nawet bohaterką piosnki, co z jej refrenem. „Niektórzy chyba rodzą się przegrani, dlatego nigdzie miejsca nie ma dla nich”
Z uwagi na często pojawiające się uczucie iż po prostu nie pasuję do jakiejś grupy wyrobiłam sobie myśl, że tak naprawdę nie pasuję nigdzie. Idąc po sznureczku zgodnie z treścią piosenki jestem przegrana. Wszelkie inne mniejsze lub większe niepowodzenia życiowe zasiliły tę tezę i w ten sposób pokochałam „Małgochę”
Zapomniałam o jednym drobnym fakcie. Również w zeszłym roku, gdy tylko poznałam pewną osobę, a w konsekwencji całą grupę z Wrocławia poczułam chęć bycia z nimi częściej. Już po drugim wypadzie do miasta krasnali pojechałam z nowymi znajomymi (nie, nie z krasnalami :P) na kilka dni w góry. Niesamowita atmosfera i styl bycia tych ludzi sprawiły, że po raz pierwszy od bardzo dawna przestałam się bać. Wcześniej do głowy by mi nie przyszło by choć z kilkoma osobami gdzieś się wybrać. To właśnie wśród nich poczułam, że odnalazłam swoje miejsce na ziemi, że życie to całkiem fajna sprawa. Opisywałam to nawet na poprzednim blogu zanim go unicestwiłam. W sumie skasowanie poprzedniego bloga też było jakąś forma ucieczki. Przeszłość jednak nie znika gdy się ją zapisze i te zapiski zniszczy.
Nie bardzo wiem co stało się, że odsunęłam od siebie Wrocławskie Aniołki (tak ich zawsze określałam). Nadal tego nie wiem i nie rozumiem. Gdzieś w głowie kołacze mi myśl, że tak jest lepiej. Dla kogo? Pojęcia zielonego nie mam
Zaś co do notki, zauważ, że kilka razy piszesz "wydaje mi się"... Cóż, zawsze lepiej jest opierać swoje sądy na faktach niż domysłach. Warto może więc ten niedobór wiedzy naprawić, próbując szczerze i spokojnie porozmawiać z paroma osobami?...
I jeszcze jedno. Oczywiście, że istnieje inny niż śmierć sposób na zatrzymanie ucieczki przed sobą. Terapia. No ale na ten temat już wystarczająco Ci natrułem... ;)